|
Hollywood i nie tylko. Część 2.
Na miejscu czeka już na mnie moja kumpela Klarysa, o której już pisałem. Jej mąż jest scenarzystą filmowym, więc ona w jego imieniu idzie na imprezę ze mną. Całość odbywa się w dużym klubie o nazwie Aqualounge w Beverly Hills. Jest tam jakieś dwieście osób. Filmowców, producentów itp. Jest też główny organizator imprezy. Jak nas widzi i dociera do niego, że jednak przyjechałem aż z Polski, robi wielkie oczy, po czym natychmiast przedstawia mnie wszystkim po kolei.
Poznajemy tak jakieś kilkanaście osób, w tym bardzo wesołą grupę Austriaków, którzy kręcąc swój film z gatunku komedia Science Fiction, mieli do opowiedzenia podobną historię do naszej. Zaraz potem wypiwszy po piwku (za !!! ja pier...) zaczyna się ceremonia. Nie będę wymieniał kto za co dostawał i co mówił. Filmy były różne. Od dokumentów, po fabuły i teledyski. Od krótkich, kilkuminutowych form, po pełnometrażowe produkcje. W końcu ja zostaję wywołany. The best international adventure feature. Prowadzący łamie sobie język, próbując wymówić „Drzewiecki”, a ja sobie w duchu myślę, że jak nauczyli się wymawiać „Joaquin Phoenix”, albo „Shia LaBeouf”, to i z moim nazwiskiem sobie poradzą.
(Tu gromkie brawa)
Po tych słowach, ze statuetką w ręku, wśród braw schodzę z podium i tu zaczyna się właściwa impreza. Mianowicie: Jak wiadomo, imprezy, są po to, żeby się bawić i spotykać fajnych ludzi. Tak więc, naszykowawszy materiały promocyjne do naszego nowego projektu filmowego, oraz świeże wizytówki, wraz z Klarysą ruszamy żeby poznawać różnych fajnych ludzi z branży, najlepiej producentów. I tu sprawa wychodzi łatwiej, niż myślałem. Rozmowy wyglądają mniej więcej tak:
Czy z tych wizytówek coś będzie, nie mam zielonego pojęcia i nie chcę gdybać. Na dzień dzisiejszy nie wiem nic. Dowiaduję się tylko conieco o ich podejściu do sprawy. W stanach wszyscy są zainteresowani nowymi pomysłami, bo można na nich nieźle zarobić, a film za milion dolarów traktowany jest jako niskobudżetowy. :-) Poza tym wszyscy są wyszczerzeni i uśmiechnięci, wszystko jest „great!” i każdy chętnie rozmawia z przybyszem z dalekiego zamorskiego kraju. Jest to trochę powierzchowne ale czy lepsze czy gorsze od naszego, polskiego narzekactwa? Nie wiem. Na pewno inne.
Wypiwszy jeszcze parę najdroższych piwek w życiu, w przypływie optymizmu i porobiwszy sobie zdjęć w triumfalnej pozie ze statuetką, zauważam, że impreza powoli chyli się ku końcowi. Rozbawiwszy grupkę uroczych szwedek tym, że znam kilka siarczystych bluzg w ich języku, żegnam się na niedźwiedzia z jednym z organizatorów festiwalu. Cholernie sympatyczny, młody gość ma polskie nazwisko i strasznie lubi nasz kraj, mimo że nie zna słowa w naszym języku ani nigdy u nas nie był. Zaraz potem jadę z powrotem do hostelu. Tam w recepcji chwalę się swoim trofeum, daję recepcjonistce płytkę z naszym filmem i na lekkiej bani idę spać, do mojego kilkuosobowego pokoju. Uważam przy tym żeby nie obudzić śpiącego tam Hiszpana, Nowozelandczyka i Australijki.
Samo rozdanie nagród jest jednak tylko początkiem kolejnej edycji festiwalu, która odbywa się w sporych rozmiarów kinie w Culver City – taka czysta i miła dzielnica (a właściwie prawie, że miasteczko) po drugiej stronie miasta. Dojazd tam taksówką kosztuje mnie tyle, że bardzo szybko zaczynam uczyć się rozkładu metra i autobusów. Same projekcje trwają w zasadzie od rana do wieczora. Znów mamy tu wszystkie możliwe gatunki filmowe, rozmaitej długości i robione na naprawdę rozmaitym poziomie. Daje nam to czas i możliwość pogadania z najrozmaitszymi ludźmi, z branży, którzy tam się pojawiają.
Załapujemy się też na dwa seminaria poświęcone produkcji i dystrybucji filmów. Seminaria są od dziesiątej rano, więc frekwencja po imprezach jest raczej słaba. Sprowadza się to do tego, że w kilka osób siadamy sobie z jednym producentem, czy drugim, luźno gadamy i pytamy o wszystko co chcemy na ten temat wiedzieć. Jest wśród nich między innymi główny organizator festiwalu – właściciel sporej firmy zajmującej się dystrybucją kina niezależnego, młody i ambitny producent horrorów, a nawet bardzo konkretna i sympatyczna pani producent, która potem po uruchomieniu Googla okazuje się także być ex gwiazdą filmów... przyrodniczych. Ach ta Ameryka. :-)
W sumie moją małą refleksją po tych spotkaniach jest to, że w obliczu tak szybkiego rozwoju technologii, wcale nie jest potrzebne wielkie studio, ani ogromny budżet, żeby zrobić film kinowy, choć jeśli takowe się posiada do dyspozycji, to tym lepiej. Niemniej jednak czasy się zmieniają na tyle, że robienie filmów dawno przestało już być sportem dla elit.
Oprócz siedzenia na projekcjach, jednych lepszych, drugich męczących, spędzam resztę wyjazdu szlajając się po mieście z moją kumpelą, zwiedzając co ciekawsze miejsca, pijąc piwo z tubylcami, a nawet udzielając się na hostelowym karaoke, gdzie w przypływie entuzjazmu „umilam” innym czas, śpiewając przebój Alice'a Cooper'a (Podobało się, żeby nie było). Kupuję też kilka fajnych płyt, których w Polsce nie ma (Są tańsze). Poznaje też bliżej Charles'a – męża Klarysy. Jak już mówiłem, gość równie postrzelony jak ja i też filmowiec. Wykłada nawet w szkole filmowej w L.A. Po rozmowie z nim o jego projekcie, z przerażeniem stwierdzam, że zrobienie niezależnego filmu w Hollywood, generuje jakieś makabryczne koszty. Nawet wyjazd z kamerą na pustynię Mojavie, nie może się odbyć bez wywalenia kilkuset dolarów opłaty „za lokację”. Poza tym w Los Angeles, na hasło film, nieważne jaki, wszyscy wokół strzygą uszami, kombinując jak zarobić na biednych (lub nie) filmowcach. U nas wszystko duuużo taniej wychodzi, nawet profesjonalnie. Może więc nie jest to przypadek, że takiego „Olivera Twista”, albo „Doom”, kręcili w Pradze.
Dodatkowo, jak się okazuje. W L.A. Filmowcem jest prawie każdy. Tzn większość kelnerów i kelnerek, to aktorzy, a reszta, to operatorzy, reżyserzy itp. Nawet nasz wesoły kierowca, przewodnik, podczas pierwszej wycieczki okazuje się być kaskaderem i reżyserem oczywiście. Jak to sam określa, posiedzi tam jeszcze trochę, poduczy się fachu, po czym wraca do Europy (jest pół Włochem, pół Niemcem) i rozkręca własny biznes filmowy.
W końcu, po ponad tygodniu, mój pobyt dobiega końca. Żegnam się ze wszystkimi, zabierając ze sobą jeszcze kilka adresów i wizytówek. Ostrożnie pakując nowe trofeum, do bagażu podręcznego, kieruję się do taksówki, która zabiera mnie w stronę LAX Airport.
Patrząc jak miasto aniołów znika pode mną, nachodzi mnie jena myśl: Nie taki diabeł straszny. Najważniejsze to mieć pomysł i trochę determinacji, a zawsze znajdzie się ktoś, kto to doceni. Poza tym, nie ma co kombinować i się zastanawiać. Trzeba po prostu wziąć kamerę w łapy i kręcić. Nie święci garnki lepią.
I tym optymistycznym akcentam kończę moją amerykańską opowieść, pozostawiając Was, z ckliwą, choć piękna i nastrojową balladą Ozzy'ego, pt. „Old L.A. Tonight”.
http://www.youtube.com/watch?v=5qzfDosk3-8&feature=related panrezyser 2010-12-22 01:22:38 skomentuj (3) Hollywood i nie tylko. Część 1.
No więc po sporym opóźnieniu wypada kontynuować wątek, jaki rozpocząłem w ostatnim wpisie. A dzieje się naprawdę sporo. Ale po kolei:
W jakiś czas po tym jak dowiaduję się o przyznanej mi nagrodzie, dostaję maila z informacją, że następna edycja festiwalu odbędzie się w Los Angeles i że połączona będzie z rozdaniem nagród za ostatnią. Jako wytypowany do otrzymania statuetki, jestem oficjalnie zaproszony na galę, która odbędzie się w Beverly Hills. Mam się pojawić punktualnie i być elegancko ubrany. Najlepiej w garnitur.
W efekcie finansowo w tym pomyśle wspomaga mnie... moja mama. Wiem, w tym wieku, to trochę wstyd, ale nagroda w L.A. Uświęca środki.
Jakiś czas potem spotykam się w domu naszych znajomych Oli i Wróbla (Grał rolę biskupa w filmie) i wypełniamy w pocie czoła wniosek o wizę. Przebrnąwszy przez pytania w stylu „Czy przynależał/a pan/pani kiedyś do organizacji powstańczej, lub partyzantki? Czy ma pan/pani zamiar uprawiać działalność terrorystyczną na terenie U.S.A.? Czy pracował/a pan/pani kiedyś jako prostytutka?”, zastanawiam się czy aby na pewno mam ochotę tam jechać. W końcu jednak udaje się nam uporać z papierologią (Wróbel, dzięki, bez Ciebie nic by z tego nie było!) i zabieram wniosek do ambasady U.S.A. Tam „trudna rozmowa z konsulem” przebiega już prościej.
Głuche uderzenie stempla i tydzień później siedzę już w samolocie linii AirFrance, ruszając w piętnastogodzinną wycieczkę przez Atlaantyk. Okazuje się, że mieszka tam moja kumpela ze studiów, Klarysa, która wyszła za mąż za skądinąd cholernie sympatycznego i równie jak ja postrzelonego Amerykanina. Poza tym, lecę na drugi koniec świata, do nieznanego miasta, znając tylko adres gdzie mam się zgłosić, po odbiór nagrody, a w uszach dźwięczy mi ballada Ozzy'ego Osbourne'a
...but it's gonna be alright, in old L.A. Tonight.
Jadę tam zresztą nie tylko się lansować, ale promować pomysł na kolejny film, do którego scenariusz napisał Kakofoniks i który też chce reżyserować wraz ze mną. Film o polskim spadochroniarzu podczas II Wojny Światowej. Ale o tym później.
Na razie ląduję w Stanach. A Los Angeles jest:
Wielkie, słoneczne, kosmopolityczne, pełne parterowego budownictwa, zaniedbane, pełne bardzo przyjaznych, choć trochę powierzchownych ludzi i jak na mój gust trochę przereklamowane.
Jak tylko dojeżdżam przez pół miasta taksówką do hostelu z lotniska, płacąc jakąś bajońską sumę, za przejazd, wykupuję sobie wycieczkę po mieście i po Hollywood. A mieszkam w samym jego centrum, bo jak tylko wychodzę wieczorem przejść się po okolicy, idę ulicą, a tu nagle zaczynają się gwiazdy na chodniku. Ciągną się kawał drogi aż po Kodak Theater, gdzie przyznaje się Oscary i dalej. W przypływie euforii wbijam się do księgarni, całej poświęconej filmowi i kupuję sobie dwie książki o sztuce operatorskiej. Poza tym jest ciepły wieczór, wszędzie pełno ludzi, barów, salonów tatuażu, sklepów z plastikowymi Oscarami, a w oddali, w zachodzącym słońcu, na wzgórzu, mieni się wielki, biały napis: HOLLYWOOD.
A następnego dnia na wycieczce krajoznawczej dowiaduję się między innymi że:
Prawie każdy dom w L.A. i w Hollywood wykonany jest z drewna, dykty i karton gipsu. Te przeogromne posiadłości w Beverly Hills także. Jedną widzę w budowie, jakoś zaraz obok chałupy Leonardo DiCaprio. Drewno, dykta i sklejka pomalowana na biało. A wszystko przez trzęsienia ziemi w Kalifornii, od których cegła po prostu pęka. Poza tym jest to miła dzielnica, cicha i czysta, ale czy warto wydawać miliony dolarów żeby tam mieszkać? ...Bez przesady.
Dziaciaki Toma Hanksa i Stevena Spielberga bawią się razem, więc dwie posiadłości nie mają płotu w ogródku.
Jedna z aktorek, nazwiska nie pomnę, w przypływie depresji skoczyła z litery H sławnego napisu, a w jego renowację sporo kasy wyłożył Alice Cooper. (Zawsze go lubiłem).
Poza tym objazd obfituje w rewelacje pt: A tu zmarł Michael Jackson, a tu pijany Mel Gibson nabluzgał na Żydów, w tej knajpie zaczynali karierę Guns n' Roses, a w tym wieżowcu kręcili Szklaną Pułapkę. W sumie miasto obce, ale człowiek tyle filmów widział, że wydaje się swojskie. Tylko patrzeć jak Terminator śmignie obok na Harleyu. Swoją drogą Aahrnold, jak go tam nazywają nie jest zbyt popularny.
Aleja gwiazd za dnia też trochę mniej powala. Jest tam ładnie, ale natłok turystów, sprawia, że niezbyt czysto i w efekcie stwierdzam, że Monciak w Sopocie jest bardziej stylowy (poważnie). Kodak Theater, posiada ogromne schody i salę projekcyjną, zaś wokół jest sobie galeria handlowa, taka jak w Warszawie.
Rodeo Drive – najdroższa i najbardziej ekskluzywna ulica z butikami w Beverly Hills, jest również wielka, pełna bogatych sklepów i parkujących eleganckich gablot, ale jakoś nie zauważam tam w sklepach czegoś, czego nie byłoby u nas (chyba że nie znam się na damskiej modzie, co jest możliwe bo jestem prostym samcem.) Knajpy i Puby też są w sumie na podobnym poziomie, co u nas.
Trafiamy także do Venice Beach. Tak, Californication! Gorące słońce, w morzu pluszczą się foczki (chodzi o zwierzęta, nie o laski, choć te także) i delfiny. Wokół unosi się zapach medycznej marijuany i wszędzie widać ludzi będących pod jej leczniczym wpływem. Lokalni gangstaz sprzedają swoje płyty. Jedną kupuję dla mojej siostry – fanki Hip-Hopu, dając w zamian dolara i siedem złotych. (Gangsta zbiera monety, to teraz ma i polskie). Generalnie miejsce bardzo wesołe i tylko Hanka Moody'ego brakuje w swoim Porsche z rozbitym reflektorem. Hamburgery też trochę jak u nas. Tak czy owak wyzbywam się do końca resztek kompleksów jako „biedak z Europy wschodniej”, których i tak nigdy nie miałem.
W końcu jednak nadchodzi ten dzień. Wieczorem, wypiwszy kawkę, wciąż lekko zakręcony, z powodu zmiany czasu, wbijam się w garniak. Zarówno obsługa jak i inni goście hostelu, szczerze zaskoczeni celem mojego wypadu, trzymają kciuki i życzą mi powodzenia. Ja zaś wsiadam, do wielkiej, żółtej taksówy i ruszam. panrezyser 2010-12-21 01:36:57 skomentuj (0) Bale, festiwale, wizyty w zakładach pracy itp.
Sporo, naprawdę sporo się dzieje, więc mało pozostaje czasu na pisanie.
Najpierw słowo o premierze.
Otóż, najpierw podczas organizowanej przez nas imprezy historycznej na zamku w Czersku, ma miejsce mały, przedpremierowy pokaz, dla bagatela 200 osób, na ekranie, na wolnym powietrzu. Trzęsą się nam kolana jak cholera, ale powiem tylko tyle, że w trakcie projekcji, wszyscy siedzą w ciszy przez godzinę, nie wstając do cateringu z piwem, po czym, po seansie, dostajemy owacje na stojąco. Całkiem nieźle wróży to samej premierze, która odbywa się w Warszawie, w kinie studyjnym Świt, 26 maja. Żeby było bardziej premierowo i filmowo, wybieramy się z Kakofoniksem do muzeum starych samochodów, gdzie wynajmujemy limuzynę. Całkiem efektownie prezentującego się mercedesa z lat 60tych. Jest on nam udostępniony za pół ceny, w ramach wspierania niezależnego kina. Kasę i tak zbieramy po równo od każdego pasażera, fundując naszym gwiazdom najdroższą taksówkę od lat. Wynajmuję także czerwony dywan, który przed samą premierą rozwinięty zostaje przed wejściem do kina. Przed samym budynkiem pojawiają się także dwa potężne bannery, z plakatem filmu, wcześniej wydrukowane przez naszego kumpla Miałka – właściciela firmy poligraficznej. W środku dumnie prezentują się także plakaty i przesuwająca się na neonowej tablicy informacja odnośnie tego co i o której będzie wyświetlane. My zaś wystrojeni w garnitury i wieczorne kreacje wsiadamy do limuzyny i lekko już podchmieleni szampanem, ruszamy po glorię i chwałę. Nasza zabytkowa gablota, jakkolwiek wspaniała, po jakimś kwadransie zaczyna dziwnie rzęzić i pierdzieć. Nie zrażeni, dalej świętujemy w środku, zmierzając do celu. Dopiero przed samym kinem, z rury zaczyna lecieć biały dym a kilkudziesięcioletnia skrzynia biegów, mówi stanowcze nie.
W końcu nasz kierowca, ze stoickim spokojem rusza z czwartego biegu (tak, da się) i w oparach siwego dymu, niczym w scenie batalistycznej, z naszego filmu, podjeżdżamy pod czerwony dywan, w błyskach fleszy. A tam... ponad 300 osób. Wszystko kumple, znajomi, znajomi znajomych i masa ludzi ze świata rekonstrukcji historycznej. Ponadto nasi koledzy zajmujący się ASG i innymi, projektami, z dziedziny wojskowości, przebrani w garnitury, w ciemnych okularach, ze słuchawkami w uszach, odgradzają nas od rzucających się na nas z piskiem „fanek”. W tej roli z kolei wszystkie nasze koleżanki. Jak to potem skomentował Maciek, teraz, to już odtwarzamy wszystko. Rekonstruujemy średniowiecze, od niedawna epokę napoleońską, a ostatnio to nawet hollywoodzkie gale filmowe. Kino pęka w szwach, po projekcji znów dostajemy owację na stojąco i nawet „Statuetkę Oscara”, jaką fundują nam znajomi. No a potem trwa tęga biba do rana.
Dwa dni potem ma miejsce premiera w trójmieście, tym razem bardziej kameralnie i bez dymiących limuzyn, jednak z równie pozytywną reakcją publiczności i z równie miłą, a w zasadzie o wiele milszą imprezą potem. :-)
Połechtani takim przyjęciem naszego „dzieła”, stwierdzamy jednogłośnie, że trzeba je posłać na jakiś festiwal kina offowego. Pierwszy jaki pojawia się w kalendarzu imprez to, „Kameralne lato”, w Radomiu. Impreza prestiżowa, ciesząca się sporym uznaniem w świecie kina niezależnego. Niestety, nie kwalifikuje się... Piszę maila z zapytaniem dlaczego, no bo przecież mógł nie odpowiadać kryteriom gatunkowym, albo po prostu nie być dość dobry. Różne są przyczyny, które mogą stanowić konstruktywną krytykę na przyszłość. W odpowiedzi dostaję lakoniczne stwierdzenie, że organizatorzy nie mają obowiązku informowania mnie o powodach. Trudno, myślę sobie, jak nie tym razem, to może następnym.
Siedząc sobie w domu, przy komputerze, chodzę po sieci, szukając innych tego typu imprez i nagle znajduję coś, co nazywa się New York International Independent Film and Video Festival. Szukam informacji na temat imprezy i okazuje się to być jednym z większych festiwali kina niezależnego w Stanach Zjednoczonych. A możeby tak spróbować...?
Niewiele myśląc wypełniam formularz zgłoszeniowy, podsyłam link ze zwiastunem, po czym zapominam o całej sprawie. No bo gdzie mie tam panie, do Hameryki... No więc następnego dnia rano, gdy idę sobie do sklepu po bułeczki, dostaję telefon (dobrze, że go np. w kiblu nie zostawiłem). Po drugiej stronie słyszę obcy głos, mówiący po angielsku i przedstawiający się jako dyrektor festiwalu w Nowym Jorku.
Ja w kapciach po bułki, a tu telefon z Hollywood. No, całkiem nieźle, jak na początek dnia. Trochę nie za bardzo jeszcze wiedząc o co chodzi, słyszę, że zwiastun jest ciekawy, i żebym podsyłał film, a w ogóle jakbyśmy mieli jeszcze jakieś scenariusze, to też żebyśmy się nie krępowali, bo mało jest fajnych tekstów. Przez kilka następnych dni, historię opowiadam kumplom jako kawał, ale film posyłam, żeby nie było.
No i teraz, nie przedłużając, powiem tylko tyle, że film zostaje zakwalifikowany i zdobywa nagrodę za najlepszy, zagraniczny film przygodowy. O tym ostatnim dowiedziałem się właśnie dziś rano. :-)
Tu jest link do strony imprezy i listy nagród.
http://www.nyfilmvideo.com/
No cóż, w Radomiu się nie spodobał, dobry i Nowy Jork.
panrezyser 2010-08-31 22:03:54 skomentuj (3) Prapremiera w Trójmieście. Tak, jak mówiłem, zapraszam również, na prapremier w Trójmieście. 28 maja 2010 o 20:30 Lokalizacja: 81-771 Sopot, Grunwaldzka 47, knajpa 3 Siostry, http://www.trojmiasto.pl/3-Siostry-o446.html panrezyser 2010-05-19 14:04:29 skomentuj (1) Premiera. No to już oficjalnie:
Serdecznie zapraszam na premierę mojego filmu pt: "Dawno Temu w Iłży", która odbędzie się w Kinie Świt, przy ulicy Wysockiego 11 (Bródno), w środę 26 maja, o godzinie 20.30
Wiecej informacji o filmie: www.dawnotemuwilzy.pl
Proszę o potwierdzenie przybycia na adres michal.z.drzewiecki@gmail.com
Niedawno, w Czersku, na zamku, podczas naszego turnieju odbył sie przedpremierowy pokaz, w trakcie którego nikt nie łaził poo piwo i po którym dostalismy owację na stojąco, więc chyba warto się było męczyć. :-) panrezyser 2010-05-11 17:43:54 skomentuj (2) Nowy trailer.
No więc film, po wprowadzeniu opcji z angielskimi napisami, jest już wypalony na DVD, które leży sobie u mnie na stole. :-) A po kolejnej wesołej, zarwanej nocy, prezentuję nowy, lepszy trailer.
http://www.youtube.com/watch?v=XfIlepVnJYY
Jeśli chodzi o premierę, pokazy i sposób dystrybucji, tak jak już pisałem, w chwili obecnej jestem w trakcie ustaleń, więc będę o wszystkim informował na bieżąco.
panrezyser 2010-04-23 14:20:17 skomentuj (3) Aż w końcu nadchodzi ten dzień.
Mijają kolejne dwa tygodnie, podczas których siedzimy codziennie w studiu po nocach, do jakiejś czwartej rano. Mam wrażenie, że obaj powoli zaczynamy głupieć od monotonii roboty, jednak koniec pracy jest już bliżej niż dalej. Od wspomnianych już komputerowych wojsk i wstawiania domalowanych grodów i zamków, przechodzimy do mniej spektakularnych, jednak nie mniej ważnych rzeczy, jak np. scena, w której filmowy Roderyk idzie korytarzem zamkowym i w której w kadr włazi nam elektryczna lampa oraz kontakt w ścianie. Szybko przeszukujemy moje zdjęcia z imprez rycerskich, na których znajomy robił zdjęcia średniowiecznych przedmiotów codziennego użytku i znajdujemy tam całkiem zgrabny XIII wieczny żyrandol. W odpowiednim programie wycinamy go ze zdjęcia i wstawiamy w ujęcie zamiast lampy. Efekt jest zadowalający.
Zaraz potem, lekko zainspirowani filmem „300”, oraz nowo powstałym serialem „Spartacus”, stwierdzamy, że może warto by było dodać trochę komputerowo wygenerowanej krwi do niektórych ujęć, w scenach walki, które jakoś tak drętwo wyglądają. Po jakimś czasie, czerwona posoka elegancko chlapie na kamerę, co moim zdaniem dodaje trochę dynamiki niektórym momentom. Mam nadzieję, że nie uzyskaliśmy przez to mimowolnego efektu „Martwicy mózgu”, ale to już ocenią widzowie. W końcu, po wylaniu masy komputerowej krwi, potu i łez, oraz wlaniu w siebie hektolitrów kawy, a czasem innych używek, nasz mag od komputera i drugi reżyser, z dumą oznajmia: Wszystkie efekty skończone!
...Jasne.
Korekcja kolorystyczna filmu polega na tym, że bierze się surowy materiał jaki zarejestrowała kamera i wyrównuje się głębię barw, jasność, kontrast i ekspozycje, o ile to możliwe. Poza tym robi się tak, żeby wszystkie ujęcia pasowały do siebie pod względem kolorystycznym. Następny etap polega na nadaniu całości pewnej konwencji kolorystycznej i temperatury barwowej. Sądzę, że każdy, kto bawił się trochę zdjęciami w Photoshopie mniej więcej powinien kojarzyć o co chodzi. W tym celu siada się w odpowiednim pomieszczeniu, przed specjalnie skalibrowanym ekranem i bawi się potencjometrem, gdzie wyciąga się, lub obniża niebieskości, czerwienie, zielenie itp. Tu znów można powiedzieć, że możliwość wykorzystania studia, w jakim pracuje Kakofoniks, w nocy jest dla nas ogromnym ułatwieniem.
Wchodzimy do pomieszczenia obok, w którym ja, jako „wielki pan rezyser” rozwalam się na kanapie, przed wielkim telewizorem, dzielnie dzierżąc kawkę w dłoni i patrzę jak za sprawą działania Kakofoniksa nasz materiał nabiera charakteru. Generalnie, jak już wcześniej pisałem, film kręcony był w 80 procentach maleńką kamerką DV, oraz niekiedy trochę lepszym Canonem, a czasem jeszcze inną podobną do mojej kamerą, która miała trochę starszy przetwornik, przez co obraz rejestrowany przez nią, był ciemniejszy. Dlatego, w niektórych scenach ujęcia za cholerę do siebie nie pasują. Jedne są jasne, inne ciemne, jeszcze inne w zupełnie innej tonacji kolorystycznej. Koszmar. Zaczynamy się bawić scenami, ujęcie po ujęciu, próbując ogarnąć ten burdel metodą prób i błędów.
Tak mija kolejne parę nocy, w tym cała Wielkanoc, podczas której Kakofoniks nie jedzie do Gdańska do domu, tylko siedzi ze mną cięgiem po kilkanaście godzin, robiąc co się da z naszą amatorską superprodukcją. Ja, oprócz siedzenia z nim nad samym materiałem, staram się wspierać go też w inny sposób, przynosząc mu wałówę z żarciem od dziadków, w niedzielę i urządzając mu Śmigus dyngus w poniedziałek, gdy ten nie podejrzewając niczego siedzi sobie przy monitorze. Generalnie cała korekcja kolorów, podnosi atrakcyjność materiału o jakieś 50 procent i sprawia, że unikamy efektu video, którego bardzo się bałem. Niezależnie od frustracji jaka nas ogarnia, zabieg jest absolutnie niezbędny, a efekt wynagradza nam zszargane nerwy.
Aż w końcu przychodzi moment, w którym korygujemy ostatnią scenę filmu. Znika ostatnie ujęcie i na ekranie pojawiają się napisy końcowe. Jest jakaś druga w nocy, we wtorek.
Nie ukrywam, jesteśmy ledwo żywi, niewyspani i cholernie zadowoleni.
Tak więc, po czterech i pół roku najrozmaitszych wzlotów i upadków, oraz najdziwniejszych zrządzeń losu, FILM JEST UKOŃCZONY. W chwili obecnej, pozostało nam dodanie napisów, w angielskiej wersji językowej i wrzucenie jeszcze jednego efektu, który ma lekko podnieść rozdzielczość obrazu w formacie 16/9. Pozostaje nam też zrobić nowy zwiastun. Ten, który jest w sieci, jest lekko przestarzały i nijak nie oddaje jakości wizualnej tego, co udało nam się osiągnąć. Premierę wstępnie planujemy zrobić w maju, po czym jakoś to dystrybuować. Nie wiem jeszcze jak dokładnie, bo w chwili obecnej jestem, w trakcie prowadzenia rozmów z potencjalnymi dystrybutorami i/lub patronami medialnymi. Tak, czy owak, będę o wszystkim na bieżąco informował.
Całość trwa równo godzinę. Miało być do czterdziestu minut, ale po wyrzuceniu tego, co nie potrzebne, wyszło sześćdziesiąt. Czy film jest dobry? Hmm, nie mnie to oceniać, więc najlepiej będzie jak nic nie napiszę i ocenę pozostawię tym, co go obejrzą. Jedno wiem na pewno. Cztery ostatnie lata prowadzenia projektu filmowego, od fazy scenariusza, poprzez castingi i zdjęcia, na postprodukcji kończąc, dały mi wiedzę, jakiej nie poznałbym w żadnej książce. Zaczynając jako kompletny amator, skończyłem jako człowiek, profesjonalnie pracujący w zawodzie, jako operator. Kakofoniks, robiąc naprawdę niełatwe efekty, nauczył się tyle, że obecnie pracuje przy postprodukcji profesjonalnych filmów. Poza tym, obaj poznaliśmy tylu ludzi, że na dzień dzisiejszy, mamy skompletowaną ekipę mogącą zrealizować profesjonalną produkcję. A oprócz tego, hmm... Była to ciężka i cholernie wyczerpująca praca. Często pełna nerwów i frustracji. Utopiłem w tym filmie masę pieniędzy i czasu, który z powodzeniem mógłbym przeznaczyć na pracę na jakiejś intratnej posadzie. Ale powiem krótko. Bez bajońskich kwot, bez układów i znajomości w branży, udało nam się zrealizować godzinny film historyczny, kręcony w dziesięciu różnych lokacjach, w całej Polsce, z udziałem koni i ogromnej, jak na film amatorski liczby statystów. Wszystko to dzięki bezinteresownemu zaangażowaniu wielu niesamowitych ludzi ze środowiska rekonstrukcyjnego i spoza niego. Ludzi, którzy nie wiedzieli o tym, że podobno w ten sposób filmu zrobić się nie da. Była i wciąż jest to przygoda życia. Każda chwila, którą na to poświęciłem, była tego warta i nie zamieniłbym tego na nic innego. Za nic na świecie.
A na razie powiem jeszcze tyle, że nie wiem jak to zrobię, ale film zobaczą wszyscy. Nawet ci, co nie będą chcieli. :-)
panrezyser 2010-04-12 23:29:39 skomentuj (6) Taka tam nocna dłubanina. Kolejne wieści z frontu:
Od dłuższego czasu, praktycznie codziennie, w godzinach wieczorno-nocnych, kiedy już prawie nikogo nie ma w firmie u Kakofoniksa, siedzimy przed komputerem i dłubiemy przy efektach. Tzn jak już mówiłem, kakofoniks dłubie, ja, jak to on określa „motywuję go do pracy”. W efekcie, możemy się pochwalić, że kończymy wszystkie ujęcia, w których występuje wygenerowane komputerowo wojsko. Oczywiście prawdopodobnie będzie jeszcze trzeba dodać coś tu, czy tam, jednak wszystkie najtrudniejsze rzeczy, wymagające wstawiania animacji 3D, są zakończone. Tak, czy inaczej, roboty jest jeszcze sporo, tak więc dzisiaj szykuje się kolejna, nocna sesja przy komputerze. panrezyser 2010-03-16 14:46:23 skomentuj (0) |
||||
|